Lokaty negocjowane to mrzonka
Jest wiele sposobów na przyciągnięcie do banku klienta. Można dawać i-pody, bilety do kina i inne gwiazdki. Ale można też dać złudzenie możliwości negocjowania warunków. A tak naprawdę lokaty negocjowane to mrzonka.
Po pierwsze warto przyjąć do wiadomości, że negocjowanie czegokolwiek jest możliwe tylko wtedy, kiedy ma się argumenty. Nie trzeba być geniuszem, żeby stwierdzić, że w kontekście lokat chodzi po prostu o ich wysokość. I z punktu widzenia banku kwota kilku, czy kilkunastu tysięcy ani trochę nie jest atrakcyjna. Tak naprawdę powinno się mówić o kwotach rzędu kilkuset i więcej tysięcy.
Niezależnie od powyższego kwota kilkuset tysięcy w z punktu widzenia bilansu banku nie jest znacząca. To zaledwie ułamek procenta zebranych depozytów. Aczkolwiek sprawny menedżer wie, że złowienie jednego zamożnego klienta, który jednocześnie będzie zadowolony może przynieść efekt w postaci kolejnych zadowolonych. A jeżeli tak, to warto inwestować w marketingowy slogan, ale tylko slogan…
Slogan, bo tak naprawdę nawet dla lokaty negocjowanej są z góry przygotowane siatki marż. Czyli powiedzmy, że dla kwot do określonej wysokości dajemy maksymalnie tyle i tyle, dla innych tyle i tyle, itd. Tak to działa. Więc negocjacje są tylko pozorne. Nic więcej.
W całej operacji liczy się otoczka. Klient czuje się fajnie, bo w końcu ktoś z banku schylił się do podjęcia rozmowy. I że nie jest to rozmowa z Panią Krysią tylko z faktycznym doradcą, negocjatorem. A klient nie jest przedmiotem tylko podmiotem. I o to chodzi…
Tak czy owak, nawet ta negocjowana oferta może być słabsza niż standardowo dostępna w „głodnych” bankach. Warto przeszukać dostępne oferty tak by mieć pełny pogląd.